wtorek, 12 grudnia 2006
Gdzie ćwiczymy?
Z Fi pracujemy w różnych miejscach. Oto wykaz miejsc, które naszym zdaniem nadają się do ćwiczeń: -dom, spacery,plac szkoleń, przystanki autobusowe, autobusy, tramwaje, ptrzejścia podziemne w centrum miasta, stacje metra, dworzec centralny, gabinety weterynarzy, związek kynologiczny, zatłoczone ulice Co zdaniem Fi mozna robić u weterynarza: biegac po gabinecie, wisieć wetowi na brodzie i /lub dawać mu buzi, uczyć się wchodzić na wagę, kraść wetowi drewniaki bądź bawić się jego fartuchem, bawić sie klapą od smietnika. Ogólnnie- bawić się. Wizyty u weterynarza są super.
Mamusia jest najważniejsza, czyli wielkie niespodzianki.
Mała mnie zaskakuje tym, jak bardzo już jest ze mną związana. Trzeba przy tym pamiętać, że jest dość niezależnym szczeniakiem- nie jest przerażona , zostając sama, np. przywiązana poza zasięgiem mojego wzroku, potrafi odbiegać dość daleko. Nie jest przyklejona do nogi z powodu braku pewności siebie, potrafi sama eksplorować świat. Tak więc kontakt między nami wynika z dwóch rzeczy: przede wszystkim ja jestem źródłem samych przyjemnych doznać i kontroluję cenne zasoby ( jedzenie, zabawki), a reszta to praca: przekonanie szczeniaka, że kontakt ze mną się opłaca i że to ona ma o niego zabiegać, np. kiedy kończę sesję szkoleniową, bawię się chwilę z psem i idę zająć się sobą – a sucz dalej chce pracować – praca i kontakt ze mną jest cennym zasobem, bo nie jest na każde zawołanie. Nie wiem, jak to się stało, ale okazało się, że mała pojmuje świat następująco: kocham wszystkich ludzi, ale droga do przyjemności prowadzi przez mamusię. Dowodów na to miałam trzy w przeciągu dwóch dni. Robert to ukochany pańcio, którego mała widzi niewiele i dostaje szału radości widząc go. Robert służy do budzenia rano skakaniem mu na głowę i iskaniem po włosach i uszach, do rzadkich, ale bardzo intensywnych pieszczotek. Na sobotnim spacerze postanowiłam sprawdzić, czy suka będzie chciała z nim pracować. Moje zaskoczenie sięgnęło zenitu. Nigdy nie pracowali razem, zatem poprosiłam, żeby Robert na zwykły siad naprowadził ją smakołykiem. Suka powąchała smakołyk, odwróciła się na pięcie, przybiegła do mnie, dostawiła się do nogi i gapi mi się na twarz. Poprosiłam Roberta, żeby podszedł i jeszcze raz pokazał jej żarcie. Skutek- suka mocniej przysunęła pupcię, czyli poprawiła się. Ok., dostała nagrodę ode mnie. Nie zależy nam na tym, żeby suka słuchała go przy mnie. On pracuje na psy , a ja pracuję z psamiJ Na szczęście Robert nie podchodzi do sprawy ambicjonalnie i jest zachwycony schematem myślenia Fi. Podobna sytuacja miała miejsce na wczorajszym szkoleniu obedience. Poprosiłam naszą treserkę –szefową Małgosię, żeby fachowo pokazała mi na małej, jak uczyć ją cofania się przy nodze( jedne z elementów równania). No i powtórka z rozrywki – sucz powąchała smakołyk w ręce ukochanej przez nią Małgosi i wróciła do mnie. Po trzech próbach zrezygnowałyśmy. Sucz jest przekonana, że smakołyk w łapce kogoś innego oznacza, że trzeba pracować ze mną. Jak dla mnie bomba. No i trzeci przykład: uczę sukę aportowania w dwóch, oddzielnych ćwiczeniach – pierwsze to kształtuje przynoszenie wyrzuconej zabawki a drugie to siedzenie z aportem w pysku. No i w sobotę koleżanka postanowiła pobawić się z nią gumową kaczuszką. Rozbawiła Fi, wyrzucali kaczkę- kaczka został przyniesiona mnie. No i tak wyglądała zabawa w aportowanie- zabawka wyrzucona dla Fi przez kogokolwiek oznacza, że należy przynieść ją mnie. Śmieszny szczeniak. :).
Ze złych wieści- Fi znów oberwała
Fi znów oberwała od psa, tym razem od suki, która przez ostatni miesiąc matkowała jej, wylizywała całą, pilnowała bardzo. Sytuacja jak z filmu szpiegowskiego: Suka przyniosła małej zabawkę i rzuciła jej pod pysk. Fi ruszyła się lekko i to było powodem do ataku. Na szczęście zajście miało miejsce tuż obok mnie. Fi oczywiście popiszczała chwilę, dostała smakołyk, wykonała kilka komend i postanowiła podejść do suki… Mam kilka hipotez na zachowanie małej, ale jestem ciekawa Waszych pomysłów- dlaczego Fi prawie natychmiast stara się podejść do psów, które są agresywne w stosunku do niej? Wściekłam się, bo jest duże prawdopodobieństwo, że socjalizację z psami szlag mi trafi. Małą zabrałam od razu do weterynarza na antybiotyk i wróciłam z nią na plac- nie można dopuścić do złego kojarzenia miejsca przykrości. Mała wydaje mi się psem z żelaza. Jej odporność na stres nie ma granic. Jednak teraz prawdopodobieństwo, że będzie wykazywać agresję do psów, czy choć do wybranych typów psów jest bardzo, bardzo duże. To, czego teraz nie widać, może wrócić w przyszłości. Pozostaje socjalizować, socjalizować, socjalizować i jak najwięcej kontaktów z delikatnymi psami. Przyznam szczerze, że nie widziałam jeszcze tak wielu przypadków agresji wobec szczeniaka. Powodów może być kilka: Fi zachowuje się dość dominująco, a poza tym wygląda nietypowo- nie ma zbyt wielu bullków na ulicach i psy ich nie znają. Fi w ramach pocieszenia pomagała pierwszy raz poprowadzić mi psie przedszkole. Jej pomoc oczywiście ograniczała się do ładnego siedzenia mi przy nodze, kiedy tłumaczyłam coś kursantom zgromadzonym w ciasnym kółeczku i do chodzenia przy nodze po placu, kiedy pooglądałam i pomagałam ćwiczącym. Zachwyca mnie jej koncentracja. Chyba ją to dowartościowało- szczeniak instruktor. Potem bawiła się z psami. Bawi się nadal ładnie, a może nawet ładniej- bawi się bardzo delikatnie- żaden pies jeszcze nie pisnął w zabawie- nawet York, któremu próbuje zdejmować papiloty i trzyma go za kubraczek. Styl jej zabawy to styl łowcy- podczołguje się i wyskakuje do psa, lubi być goniona, jeśli goni i dogoni, szczypie w tył grzbietu ( łowczarekJ). Jeśli partner jest dużo szybszy i biega, robiąc kółka, nieruchomieje przyczajona i czeka, żeby kolega podbiegł bliżej – wtedy dopiero startuje.
She’s walking on the rain i pierwsza kapiel
Ostatnio Fi miała nowe życiowe doświadczenia- po pierwsze hartowanie bulla. Fi pierwszy raz ze mną i z Piratkiem wyszła na deszcz. Wyprowadziłam ją naładowaną energią i co prawda pierwsze kroki w mżawce nie były dla niej miłe, to coraz bardziej ignorowała aurę. Wreszcie dotarliśmy na boisko, gdzie brzdące przyzwyczajone są biegać. Zabawa na całego, a deszcz padał coraz mocniej. Pirata tez kiedyś przekonywałam, ze spacer w deszczu oznacza bardzo fajna zabawę i choć zajęło mi to kilka miesięcy- ze mną wychodzi bardzo chętnie, za to Robert ma szansę tylko na higieniczny spacer. Młody zrobi, co ma zrobić i zarządza odwrót do domu. Ja tak nie lubię – uwielbiam włóczyć się w deszczu- mało wtedy spacerowiczów, psy aby się rozgrzać biegają szybko. Mała w zabawie nie zauważyła nawet, że deszcz zmienia się w ulewę… Czas na powrót do domu. To, że mały bulek jest przemoczony i trochę mu zimno można wykorzystać, że by przekonać go, że kąpiel w ciepłej wodzie w wannie jest naprawdę bardzo miłym doświadczeniem, a ciepły prysznic na grzbiecie to super pieszczota. Szkoda, że z poprzednimi psami nie wpadłam na ten prosty sposób. Okazał się doskonały- Fi zachwyciła się kapielą – przysypiała w ciepłej wodzie, wyginała się z przyjemności przy myciu szamponem. Pyszczek umyłam bardzo, bardzo delikatnie, żeby nie popsuć dobrego wrażenia. Bulek został wytarty porządnie i zajął się zabawkami. Ja z kolei zadowolona, że przekonałam szczeniaka, że higiena to miła rzecz. Wyprowadzam mała, kiedy jest wilgotno i przekonuję ją, ze warowanie na mokrej powierzchni jest bardziej opłacalne, niż na suchej- zamiast jednego smakołyka, między łapkami ląduje ich kilka- jeden za drugim. Warto zatem leżeć, zamiast od razu wstawać.
środa, 06 grudnia 2006
Mała rzecz a cieszy
Tylko pare zdań, bo ciesze się niezmiernie. Mała nauczyła się komendy "nie"- nauczyła naprawdę. Na wieczornym spacerze kilka razy brała do pysia jakieś odpadki- na "nie" wypluwala i dostawała ode mnie kupę smakołyków. I to reagowała na ponad 10 metrów. "Nie" to przerwanie jakiejkolwiek czynności. Przerwanie klikałam i nagradzałam bardzo sowicie. W ten sposób przerwanie czynności jest szansą a nie karą dla małej. Hurra, lubię jak żadna strona nie przegrywa we wzajemnych relacjach. Poza tym- mała waruje wszędzie. To dla mnie duży sukces, bo miałayśmy z tym problem. Nie jest to jeszce super szybkie, ale nie naprowadzane i wykonywane na betonie, kamyczkach, liściach, mokrej trawie. Sunia kladzie się i czeka w tej pozycji na nagrodę - doskonale wie, że nagroda wyląduje na ziemi, między przednimi łapkami, więc nie opłaca się wstawać.
Fi sie rehabilituje
W końcu moge powiedzieć o Fi, że mam psa.I to fajnego psa, który grzecznieje, a może po prostu utrwala sobie komendy. Po jednym dniu "na nie" przyszły dni sielanki. Mała jest coraz bardziej psia, chętnie bawi się na dworze, ladnie ćwiczy przy innych psach, nawet w odległości 30 cm od nich. praca ze mną jest dla niej bardziej opałacalna. Ćwiczę z nią coraz krócej- 10-20 sekund i zabawa. Poprawia się nasz wzajemny kontakt na spacerach, sunia zabiega o niego sama, co cieszy mnie niezmiernie. Dziś przyspieszalam jej w domu warowanie, nagradzając je zabawą w przeciąganie. Malej się spodobalo hurra!!! Uwielbiam uczenie na zabawke, bo pies nie zauważa, że pracuje, a tempo wykonania komend wzrasta. Fi towarzyszy mi nadal w weekendy na placu, choć w ostatnią sobotę została porwana na godzinke z placu przez ciocię Monikę -właścicielkę Munia. Mała kradła rezydentowi zabawki i bawiła się w ogrodku.Po powrocie na plac pobawiła się, popracowała i zasnęła dalej. Fi zmienia się sierść na twardszą, nie trzęsie się na dworze, zaczyna chętniej spacerować i bawić się na zewnątrz, może niebawem będzie również warowała tak ładnie jak w domu:) Kupiłam jej smycz automatyczną i sunia przestała zachowywać się jak osiołek. Pierwszy raz zauważyłam u niej posikiwanie w czasie witania się z człowiekiem- pierwsza wizyta w Związku Kynologicznym i już obsikane kafelki:) . W ZK tak jej się spodobało, że wcale nie chciała stamtąd wyjść - miło, ciepło, mnóstwo ludzi głaszcze, a w dodatku można zdominować małego labradora- w końcu to jej oddział ZK. Popsułam małej chwyt na szmacie- zbyt dużo ostatnio rzeczy wyjmowałam jej z pysia i za często używałam komendy "nie". Teraz to pracowicie odrabiam i mała znów chwyta mocno i pełnym pyskiem. Bawię się z nią siedząc na podłodze- niech podnosi swoją pewność siebie w stosunku do mnie. Nie zależy mi na zdominowaniu psa, choć niestety jakoś mam do tego tendencje. Spowodowałoby to zbyt dużo problemów w naszych relacjach. Dlatego teraz "obniżam" się do psa, częściej pozwalam wygrywać w zabawach siłowych. Mam nadzieję, że Fi jest z nami szczęśliwa.
czwartek, 30 listopada 2006
Jak znielubic własnego psa, czyli moje żale
Czasem sa dni, kiedy nic nie powinnam robic z psem, boi albo ja nawalam, albo burek nawala, albo nawalamy razem. Dzis wlaśnie był taki dzień. o ile rano bawiłysmy się fajnie i udało się poćwiczyc wchodzenie przedniki lapami na książkę, to po południu makabra. Mam ochotę przerobic Fi na rosół i w sumie jak się nie uda zrobić z niej porządnego psa, to pójdzie na stół świąteczny. Moja wina, przekarmiłam ją dziś i miałam w efekcie tego burka zajetego wszystkim, tylko nie mną. Makabra. Bylam dla niej konmpletnie nieatrakcyjna i zrezygnowałam z ćwiczeń, bo "do mnie" w jej wykonaniu wyglądało jak "Wypchaj się krowo". No to się wypchałam i postanowiłam pobawić się z Piratem, podczas gdy mała przypiełam do drzewa. Nie chce kontaktu to nie. Pirat zachwycony, po 10 minutach zmiana psów. mała nawet zadowolona i jakoś ożyła na mój widok. Pirat zobaczył, że zaczynam rozbawiać przed ćwiczeniami Fi i rozdziamał się na całego, próbując wyrwać drzewo- skandal- zajmuję się malą zamiast nim. No i na jego szcekanie Fi stracila znów zainteresowanie mną i ustawiła się do biegu w kierunku Piratka. Myślałam, że zabiję oboje. Udało mi się jednak poklikać małej chodzenie przy nodze w stronę Pirata i zrobić przy nim zakręt. na tym skończyłam, bo więcej bym nie zrobiła. pal to sześć- koniec wspólnych spacerków z Pirackim- szczeniak mi sie psuje. Dobra, w dalszej części spaceru polazilismy po zamkniętym boisku. Ogrodzenie w jednym z miejsc styka się z przystankiem autobusowym i Fi od razu biegnie tam i wspina się na ogrodzenie- nauczyła się, że czekający na autobus miziają ją przez siatkę. No i szczeniak zbadał siatkę, spojrzał na mnie i biegnie zawołany imieniem. Po kilku krokach małej jakiś miły człowiek zaczął ćwierkać do niej przez płot i klaskac . Oczywiście przybiegła, ale nie do mnie. Ok, glęboki wdech, idę dalej, schowalam się za drzewo- kiedyś sucz zorientuje się, że stado sobie poszło i zacznie nas szukać -trochę stresu nie zawadzi a i nagrodzę sowicie. Po minucie witanka z obcym skojarzyla, że mnie nie ma i zaczęła szukać. Pokazalam jej się, zawołałam -przybiegła, dostała kupę smaczków, choć wściekła byłam, że miły skadinąd człowiek popsuł mi przywołanie. A miły człowiek dołożył mi, podchodząc i komentując : jak moze być Pani tak okrutna i chować się szczeniaczkowi?.... Jezu, ręce mi opadly. Dalej idziemy już na smyczce, tłum- czekam pod poczta na znajomą, coby jej oddać książki, pożyczone pół roku wcześniej:)Trochę się uspokoiłam, bo sporo ludzi w różnym wielu i o rożnym wyglądzie wymiziało mi potworki. Mały probował pchac się na ręce, a duży tez próbował. Kiedy nie mogę technicznie posadzić Fi przy witaniu się z obcymi ( nie mam rąk), pozostaje mi zablokować ją delikatnie smyczą, albo przytrzymać za obrożę, żeby nie skakała. Trzymana za obrożę siada. No i zebrałam od kolejnej osoby. trzymam małą, pani ją kizia, ja uspokajam ją głosem "dobra sunia, nie skaczemy". Dowiedziałam się, ze szczeniak po to jest szceniakiem, żeby skakać, jak dorośnie , to nie będzie - no i pani wzięła szceniaczka za przednie łapki i władowała je na swoje spodnie. Mnie zagotowało, zdjęłam psa, nagrodziłam Fi-ta oczywiście wniebowzięta- ojej skaczemy jak super, a ja z palpitacją serca. Potem jeszce wizyta w sklepie zoologicznym po zabawki a na koniec Fi odwaliła takiego osiołka jak jeszce żadnen burek mi nie odwalil. Siadał co chwila i NIC nie działało jako zachęta. Ja wiem, że to u małych bulli normalne. Pirat przeszkolił mnie w tym zakresie kompleksowo. Teraz jednak o mało nie pociągnęłam kundla za sobą. Ja z wielką siatką, plecakiem i dwoma młotkami na smyczach. Duży młotek postanowił ciągnąć do przodu ( A ON NIE CIĄGNIE), mały zaparł się i usiadł a ja się motałam i dzwoniłam zakupami. Ok, jakoś wzięłam szczeniaka na ręce i przeniosłam do miejsca, które zna- wie,że tędy wraca się do domu. Pomknęliśmy wreszcie w jakimś przyzwoitym tempie do domu. Szłam szybko, żeby maluch tym razem nie próbował ciągnąć do przodu, bo brakowało mi sił do zabawy " w drzewo". W domu wsadziłam małą do kojca, wyszłam po zakupy, przygotowalam jej kartonowe, podziurkowane pudełko z korpusami kurzymi w środku. Niech się tłumok zajmie , jak się obudzi. Na razie koniec z michą - będzie dostawać żarcie w dziwnych opakowaniach, żeby trochę potrudzić się nad jego zjedzeniem. A czy jutrzejszą porcję dostanie w zabawkach, czy w całości z ręki, zależeć będzie od stosunku mojej wrednej suki do mnie. I tak ją kocham,ale musiałam się wyżalić.:)
środa, 29 listopada 2006
Wspieramy myślenie
Jestem mało doświadczonym przewodnikiem psa i przez to czasem bezmyślnym. Bullki kocham, ale zapominam, czasem, że nie woln o psa zajechać zbyt dużą ilościa ćwiczeń. Moj bląd polega na tym, że zbyt wiele komend uczę przez naprowadzanie, przyznaję się bez bicia, że przez naprowadzanie smakołykiem uczę Fi siadania, warowania, dostawiana się do nogi "na gruszkę", przychodzenia "do mnie". fajniejsze dla psa jest wyłapywanie i w ten sposób uczyłam małą na razie tylko patrzenia się w oczy i uczę chodzenia przy nodze. Suń bardzo wyłapywanie lubi i rozumie, sama oferuje gapienie się, jest to już w miarę częste, więc dodałam do zachowania komendę. Z chodzeniem przy nodze nieco gorzej, a tak naprawdę gorzej z motywacją - mała oferuje zachowanie, ale nagradzam na razie każde znalezienie się w odpowiedniej pozycji, przypadkowe i celowe. Często zachowanie to jest oferowane, ale na komandę jeszcze za wcześnie, mimo, że potrafi ładnie przejść przy nodze 5 kroków, patrząc się na mnie pytająco- Dasz jeść, czy nie dasz? Czas, żeby szczeniak zaczął myśleć. Rozpoczęłam zatem kształtowanie wchodzenia przednimi łapami na książkę, leżącą na podłodze- wykorzystam to kiedyś do nauki obracania się pupcią, do nauki pozycji wystawowej i do nauki komendy stój w marszu. Kształtowanie ma tem urok, że ja nie robie nic, a wszystko robi pies. taka metoda dla leni, ale rozwija psy. Ze szczniakiem jest łatwo- nie karcę nigdy za inicjatywe, za kradzieże ubrań i butów etc.mały pies nie boi się działać, a wszystko, co nowe w otoczeniu musi koniecznie zbadać. Siadłaqm zatem wygodnie na kanapie, położyłam książkę na dywanie. Szcenior opędził do książki, stanął na niej łapą i wtedy" klik", zanim zaczął gryźć okładkę. Suka zdębiala, przyszła do mnie po narodę i zawiesiła się:) jest klikewr, są smakołylki, więc stwierdziła,że będziemy robić to samo, co dotychczas- jakieś siady, warowania, dochodzenie do mnie i do nogi. Zaoferowała mi cały wachlarz nagradzanych zachowań, a ja schowalam twarz za gazeta i udając, że czytam w milczeniu zerkałam na małą. Wkurzyła się na mnie, stwierdziła,że jestem nudna i poszła...pogryźć książkę. znów stanęła na niej łapą a tu "klik". Przybiegła po smakołyk, ale teraz siedziała przy mnie krócej. Po 4 razach celowo zaczęła biec do książki i tu moje zdziwienie- postanowilam poczekac, co zrobi, kiedy nie kliknę łapy na książce... liczyłam na dwie lapy i sie przeliczyłam- suń zaczął tą samą łapą tłuc książkę. Kliknełam , uśmiałam się, nagrodzilam i skończyłam sesję. Musiałam skończyć, bo kolejnym zachowaniem byłoby poszarpanie książki małymi ząbkami. w ten sposób przez przypadek suń robi targetowanie, zamiat wchodzenia na książke, ale na wszystko przyjdzie czas. Ważne, żeby szceniak zaczął myśleć samodzielnie przy tej zabawie w "ciepło-zimno"
Socjalizacja z psami
Socjalizacja z psami jest dość ważna dla mnie, szcególnie w przypadku Fi, której dominujący charakter wymaga szczególnie starannego podejscia do zagadnienia. Dotychczas Fi poznała już wiele psów i w zalezności od typu psa, zachowuje się różnie. Można przeprowadzić klasyfikacje ras według Fi: -owczarki australijskie, borderki, PON-y, nowofunlandy,. ON-y traktuje jak termofory, probuje się do nich przytulać, jest zafascynowana futrem. -bulki służą kontaktowej zabawie, chyba, że sa sukami- wtedy są ignorowane - wszystie małe- sznaucery mini, papilony, małe mix-y , buldogi francuskie- jesli są napastliwe- mała probuje je zignorować i zdominować, a potem zaprasza do zabawy, dorosłe od razu zaprasza do zabawy, alenie jest nachalna. -psy z większą ilością skóry- labki, ogary etc. służą do zabawy ową skórą -charty budzą fascynację, a potem obojętność - tylko z naprawdę dużymi mała wita się entuzjastycznie Do socjalizacji Fi ma okazji dużo i dotyczy to zarówno socjalizacji z psami jak i z ludźmi. w ostatni weekend nie miałam z kim zostawić jej w domu, więc spędziła w sobote i w niedzielę po 9 godzin na placu szkoleniowym. Egzamin zdała na piątkę - jest bardzo niekłopotliwa, jeśli idzie o nieprzeszkadzanie mi. Dojeżdżałam z małą na plac około 8.30 rano, bawiła się chwilę ze mna i z labkami i od 9.00 do 12.30 spała owinięta w kołdrę na moim pleckau. Na poczatku była przypięta smyczą do ławki, ale szybko okazało sie, że to niepotrzebne zabezpieczenie. Jeśli się odkrywała, zaraz ktoś z kursantów przykrywał szczeniaczka. Od południa zajmowłam sie nią przez godzinę i znow szła spać, by obudzic się o 15.00. Po prostu super dopasowała się do mojego planu zajęć.:) Socjalizacja w moim wydaniu nie jest jednak typowa. Przede wszystkim staram się przekonać Fi, że psy nie są niczym ciekawym i fascynującym, że ja jestem ciekawsza. I faktem jest, że biega jej stado psów po głowie, a ona albo śpi, albo oferuje mi patrznie mi w twarz w pozycji przy nodze, albo idzie nosem zająć się swoimi sprawami. Jak dla mnie miod malina. Dlaczego? Chcę mieć psa, który jest obojętny na obecność innych psów. do Dzikich zabaw ma Pirata i mnie, czyli stado, na zewnątrz ważne mamy być dla siebie nawzajem, a psy mają stanowić tylko element krajobrazu. Oczywiście, wolno małej witac się z psami, ale poziom zainteresowania staram się zmniejszać. Przypomina mi się moja nieżyjąca bokserka, która na chodniku, obojętnie mijała się z psami, nawet nie podchodziła ich powąchać. To bardzo wygodne w codziennym życiu. Kojarzę Fi obecność psów z zabawą i smakołykami ode mnie. Mazją kojarzyć sie dobrze i kierować uwagę suki na mnie. Podniecenie psami mogłoby skierować się przeciwko mnie- w tej chwili nie są silnym rozpraszaczem w przywołaniu, a mogłoby być. Mogłoby spowodować chęć ciągnięcia na smyczy, dekoncentracje w sytuacji, gdy koncentracja jest mi potrzebna etc. Na spacerach bezsmyczowych Fi widząc psa zastanawia się, czy iść się przywitać, czy podążać za mną. Ułatwiam jej wybór albo odchodząc szybkim krokiem w przeciwnym kierunku, albo, jesli dystans jest bardzo bliski, pokazując smakołyk. Fi idzie za mną i zostaje za to sowicie nagrodzona. jesli wita się z psem, czekam, aż zerknie na mnie i cofam się - wtedy również przychodzi. Jesli jest rozbawiona, smakoł pod noch i odchodzę - im bardziej atrakcyjny inny pies, tym bardziej muszę pomóc szczeniaczkowi przyjść do mnie. Nagradzam jej grzeczne zachowanie, kiedy dostaje od psa łapą w kark- od razu wpycham jej żarcie do ryja- mała musi nauczyć się znosić spokojnie gesty psów, które odbiera jako dominacyjne. Doskonale przy tym odróżnia przypadkowe zdeptanie, a celowe kładzenia łapy na karku. Jeśli grzecznie je znosi, dostaje nagrodę. Jeśli burczy, zabieram ją i odstawiam daleko na chwilę - doskonale rozumie, że warkoty mi się nie podobają. Działania takie przynoszą skutek. Chcę, żeby Fi nie reagowała na zaczepki psów, jakiekolwiek by nie były. Naukę koncentracji i wspólnego zajmowania sie sobą przy innych psach wspiera piątkowa i poniedziałkowa grupa obediece'owa, na którą uczęszczałam z Żamcią. Tam norma jest, że psy mają skupiac się w czasie pracy się na swoich przewodnikach. Fi patrzy na inne psy i wydaje mi się, że naśladuje ich zachowanie. Dla szczeniaka to takie szkolenie przy okazji- stoimy sobie i gadamy, a psy siedzą przy nodze i się gapią. Rozmowa nie przeszkadza w klikaniu i nagradzaniu ładnej koncentracji na wlaścicielu. To zaleta klikera- nie mówię nic do szczeniaka i się dobrze bawię, a on w tym czasie ćwiczy.
piątek, 24 listopada 2006
Fi się rozwija
Dziewiąty tydzień życia Fi był okresem wyjątkowego rozwoju fizycznego i psychicznego. Lepiej widzi, mogę zatem dalej rzucać jej piłeczkę, nie muszę już turlać jej po ziemi. Rusza się szybciej i pokonuje nowe wyzwania. Pierwszym z nich były schody- początkowo kładlam na nich smakołyki i podsadzałam pupkę szczeniaka, żeby mógł się wspiąć po zdobycz. Potem wykombinowała, że można wspionac się na kolankach. Teraz śmiga do góry tak szybko, że ciężko ją dogonić. Ze schodzeniem w dół są jeszcze problemy, ale pozwalam małej samej znaleźc sposób schodzenia w dół. Podczas jednego ze spacerów mała jak zwykle weszła na podest, prowadzący do klatki schodowej. No i jasne, że nie wiedziała jak zejść. Byłysmy na ogrodzonym terenie, poszłam więc dalej i spokojnie czekałam na szczeniaka. Nie zamierzam jej ciągle pomagać - sama musi kombinować jak sobie dawać radę. Po kilku minutach zeszla i dobiegła do mnie- dostała masę drobnych smakołyków. Przez resztę spaceru Fi regularnie właziła i złaziła ze schodków. widać było, że bardzo ja to bawi. Fi uwielbia wspinać się w górę, np. na palisadę i jest uparta- jeśli zjedzie z niej na brzuszku, uparcie ponawia próby, jakby mówiła "musi mi się udać". I się udaje. Zejście z palisady jest jeszce zbyt trudne, sunia musi nauczyć się tego we wlasnym tempie- nic na siłę. Na "psim placu" Fi odkryła huśtawkę dla psów o wysokości 1.70 m. Super, asekurowana przez mamę i ciocię nie chciała przestać łazić po huśtawce. Każde przejście nagradzałam kawałkiem suszonego płucka. Po 15 razach znudziły mi się zabawy Fi i postanowiłam się przejść. Odeszłam więc z koleżanką i zamierzałam zawołać Fi. Odwróciłam się i zobaczyłam moje zwierzę na czubku huśtawki. Nie mogła jej przeważyć, postanowiła się więc z niej ześlignąć. Zobaczyłam tylko majtające w powietrzu nóżki i Fi sobie niefrasobliwie zeskoczyła. Dopadłam do niej kiedy cała szczęśliwa zanów ładowała się na huśtawkę. Została nagrodzona i na rączkach zabrana daleko od wyzwań:)Tylko w ten sposób mogłam odciągnąć ją od przeszkód. Uwielbiam to w Fi- upór, samodzielność i odwagę. Co zrobić, żeby szczeniak wiedział, że ma łapy i pupę. Uparcie ćwiczę dostawianie sie małej do nogi -już zaczyna sobie skracać drogę i pracuje pupcią zamiast nóżek, ale oprócz zwykłych ćwiczeń, można przyjechać w sobotę i w niedzielę na zajęcia agillity i zrobić dla szczeniaka z dwóch deseczek i okrągłych tyczek płaską "drabinę", którą pokonuje dla smakołyka lub zabawki. trzeba uważnie stwaiać łapki, bo tyczki toczą się zaczepionw lub nadepnięte. Zabawa setna. Z premedytacją nie odplątuje łap szczeniaka, kiedy zamota się w smycz. Na efekt nie muszę długo czekać. Fi nauczyła się rozplątywac nożki z wszelkich smyczowych więzów. Świadomość łap i zadu jest dla mnie bardzo ważna, a zaniedbalam to w pracy z Żamcia, kiedy była mała. Nie osiągnęłam przez to zadowalających mnie efektów. Świadomość opłacalności prostego trzymania się nogi procentuje ładnie w nauce chodzenia przy nodze. Klikałam małej każde przypadkowe znalezienie się łopatką na wysokości mojej nogi i teraz sunia sma wymusza nagrody idąc równo przy nodze. Zwiększyłam już kryteria- nagradzam znalezienie się przy nodze i patrzenie na mnie. Potem, bardzo stopniowo, będę zwiększała nagradzany dystans. robie już zakręty i zwroty. Zwrot w tył robie nietypowo, z psem, ktory mnie nie obchodzi, tylko cały czas trzyma się nogi. To bardzo spektakularne, ale świadomość zadu jest tu niezbędna.Fi nie robi to jakiejść wielkiej trudności- intuicyjnie próbuje trzymać pozycję i oczywiście jest nagradzana. Do perfekacji jednak daleko, ale ważne, że pierwsze kroki już poczyniłyśmy.:) Sportowe chodznie przy nodze to trudne ćwiczenie, wymagające wielkiej koncentracji. Na spacerach sunia ma chodzic po prostu na luźnej smyczy. Psy ciągną nas, ponieważ ciągnąc, dochodzą do swojego celu. nałożenia kolcztaki, dławika , etc., nie skutkuje- ponieważ nagroda jaką jest dojscie do celu jest cenniejsza niż dyskomfort kolczatki. Nalezy zatem nauczyć szczeniaka, że podstawowe prawo fizyki oznacza " na napiętej smyczy nigdy nie dotrzesz do celu". Jeśli Fi napina smycz, po prostu zatrzymuję się i czekam cierpliwie, aż ją poluzuje i podejdzie do mnie. Wtedy ruszamy dalej. Nie mam na to komendy. Po prostu przypieta smycz ma zawsze być luźna. Fi spieszy się do domu, kiedy jest głodna. Ja celowo idę wtedy wolniutko- sunia szybko pojmuje, że chcąc trafić do domku, musi dostosowac się do mojego tempa. Uczę Fi "mówić proszę". Zanim zrobię cokolwiek, na czym zależy Fi, musi wykonać komandę, na razie jest to siad, ale z czasem reperuar wymagań rozszerzę i będę zmieniać komendy na coraz to inne. Dla Fi najważniejsze jest dostanie się do mieszkania, kiedy stoimy pod drzwiami. Wtedy spokojnie mówię "siad" i czekam cierpliwie na wykonanie. Pierszy raz stałam pod drzwiami 15 minut, kiedy mała skakała na drzwi, gryzła wycieraczkę, w ogóle dostawała kociokwiku z chęci wejścia do mieszkania. Hm, im bardziej Fi czegoś chce, tym bardziej ja chcę, żeby wykonała moją komendę. W końcu usiadła- w nagrodę otworzyłam drzwi. Kolejny raz zajmował coraz mniej czasu. Dziś mała wpadla na piętro, z rozpędu odbiła się od schodów i usiadła natychmiast. W wyniku czterech powtórzeń mam psa, który podniecenie przekłada na dyniamike komendy. Fi uczy się mówić "proszę". Im dłużej czekam na wykonanie tego, o co mi chodzi, tym bardziej komenda i nagradzane zachowanie stają się atrakcyjne i zapadają w pamięć szczeniaka.
|
|